Angielski łucznik w bitwie
- wojciech-chirowski
- 16 lip
- 5 minut(y) czytania
Bitwa pod Crecy 1346 rok. Bitwa pod Poitiers w 1356 roku. Bitwa pod Aazincourt w 1415 roku. Kolejne bitwy wojny stuletniej, w których armie angielskie złożone przede wszystkim z łuczników dziesiątkowały ciężko opancerzonych rycerzy frncuskich.
Gdyby pójść na łatwiznę, można uznać że przyczyną angielskich zwycięstw był deszcz strzał spadających na Francuzów. W opracowaniach, albo dyskusjach na forach można spotkać kalkulacje ile strzał mogło spaść na pojedynczego rycerza atakujacego pozycje łucznika. Uwzględniające szybkostrzelność łuku albo tempo natarcia opancerzonego osiłka. Dokładniejsze badanie tematu wskazuje, że sprawa nie jest wcale taka prosta. A takie wyliczenia na dobrą sprawę nie mają sensu. Przyjrzyjmy się zatem co dokładniej działo się w trakcie takiej bitwy - po dwóch stronach pola. Dziś - od strony angielskich łuczników.


Przeciętny łucznik angielski nie był żołnierzem stricte zawodowym. Trafiał do służby na potrzeby konkretnej kampanii, a po jej zakończeniu zwalniany był do domu. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że często trafiali się ludzie służacy przez wiele lat w kolejnych kampaniach i dzieki temu osiagali wysoki poziom doświadczenia. Do służby trafiali też ludzie już wyszkoleni w posługiwaniu się swoją główną bronią. Łucznictwo na wyspach dużo wcześniej stało się popularne i rozwijało się bardzo intensywnie. W czasie wojny stuletniej posiadacze niewielkich majątków byli zobowiązani do posiadania łuku i zapasu strzał oraz zobligowani do uczestnictwa w regularnych coniedzielnych ćwiczeniach. Spośród takich rekrutów przedstawiciele specjalnych komisji rekrutacyjnych (comissions of array) albo dowódcy formujący oddziały na podstawie kontraktów z królem (umowy indentures) mogli (a nawet musieli) wybierać najlepszych, najsprawniejszych i co nie mniej ważne - chętnych do służby. Warto dodać, że tworzone w ten sposób oddziały z konkretnych hrabstw czy miast składały się z ludzi, którzy musieli się znać choćby z niedzielnych treningów - co dodatkowo podnosiło ich wartość na polu walki i ułatwiało zgrane działanie na polu walki. Zrekrutowani łucznicy byli organizowani w dwudziestki (pod dowództwem vintenara) oraz w setki (pod dowództwem centenara). Gdy zachodziła potrzeba 10 setek grupowano w 1000 pod komendą milenara. W róznych okresach stosowano różniące się okreslenia stopni (funkcji), nie są one wiec najwazniejsze. Dla nas w tym momencie liczy się to, że była organizacja w konkretne oddziały.

W bitwie pod Azincourt przykładowo, Henryk V miał do dyspozycji 6000 łuczników pod ogólnym dowództwem sir Thomasa Erphinghama. Nie znaczy to jednak, że działali na polu bitwy jako "masa", jako jeden oddział. Zachowywano podział na poszczególne kompanie kierowane przez swoich dowódców. To oni zapewne, wprowadzeni w plan bitwy, kierowali swich podkomendnych na wyznaczone pozycje. Oni decydowali także o rozpoczęciu lub zakończeniu strzelania. Oni organizowali także takie kwestie, jak dostarczanie zapasowych strzał albo wody dla walczących. Wnioskuję to na takiej podstawie, że dbali o wyposażenie i zaopatrzenie swych oddziałów od poczatku formowania. Nie ma więc powodów by na polu walki miał tym zajmować się ktoś inny. Działanie było więc od poczatku do końca zorganizowane i kierowane nawet na niższych szczeblach dowodzenia, jak byśmy to współcześnie określili.
Jak więc wyglądała bitwa na poziomie takiej pojedynczej kompanii i z perspektywy pojedynczego łucznika? Na początku, kierowani rozkazami swojego setnika i jego pomocników dowodzących dwudziestkami, zajmowali wskazane miejsce w szyku. Wyznaczeni ludzie wbijali przed frontem przygotowane na tę okazję zaostrzone pale. Każdy wziął jeden, co dawało całkiem gęstą przeszkodę. Użyte do wbicia pali młoty (mauls) odłożono w dogodne miejsce w pobliżu. Przydadzą się do obrony przed ciężkozbrojnymi. Każdy miał łuk i wór ze strzałami. Być może oprócz jednego głównego, gotowego do akcji, dodatkowy zawieszony na plecach. I oczywiście broń boczną, do walki wręcz. Łucznicy szykowali się do strzelania. Dowódcy uzgadniali współdziałanie z grupkami zbrojnych przydzielonych do wsparcia na wypadek walki bezpośredniej. Ci mogli pozostać jeszcze z tyłu, gdyby zaszła potrzeba bez problemu zostaną przepuszczeni na pierwszą linię. I oczekiwano na atak francuskich rycerzy.

No i w końcu gdy następował atak rozpoczynała się zasadnicza praca łucznika. Na komendę setnika rozpoczynał się ostrzał będących w zasięgu atakujących formacji przeciwnika. Nie robiono tego salwami, nie robiono tego całym oddziałem jednocześnie. A już na pewno nie całą armią łuczników na raz. Nie strzelało sie parabolą na dużym, czy maksymalnym dystansie. Sir Roger Ascham w "Toksofilosie" pisze o tym wprost - to byłaby głupota i marnowanie potencjału broni i łucznika. Strzelały te oddziały, które miały przed sobą jakis cel.
Być może padała znana z filmów komenda "szyj" (tak to tłumaczą, w zasadzie to po angielsku jest loose), albo jakaś inna, ale żaden łucznik nie czekał z naciągniętą cięciwą na pozwolenie. Byłoby to z longbowem niemożliwe do wykonania. Strzelali ci mogli, stojący w pierwszych rzędach. Poszczególni strzelcy strzalali swoim tempem, samemu wybierając sobie cele (co najwyżej mogli porozumieć się z kolegami obok i strzelać np. po 2-3 do jednego wybranego przeciwnika, o tym za chwilę) i celując dokładnie tak jak się uczyli na niedzielnych treningach - wprost w cel. Wtedy wykorzystywał w pełni swoje umiejętności i zalety swojej broni. Po oddaniu paru strzałów odchodzili do tyłu, a na ich miejsce wchodzili kolejni. Tak się to robiło w czasie niedzielnych ćwiczeń. Te ćwiczenia były na 100% jakoś skorelowane z działaniami na polu walki. Jak dowodzą dzisiejsze rekonstrukcje, z długiego łuku da się strzelać szybko i celnie, ale nawet wprawiony łucznik szybko zaczyna odczuwać zmęczenie. Rozsądniej jest po oddaniu paru strzałów zrobić przerwę, dać odpocząć paluchom, złapać oddech, napić się wody z bukłaka. I przygotowac kolejne kilka strzał. Wyciągnąć je spokojnie z worka, wsunąc za pas dla łatwiejszego dobycia. Jeśli trzeba można wymienić na pełny wór, przyniesiony przez pomocników z taborów. Gdy przyjdzie kolej - wyjść do przodu i strzelać. I tak do skutku. Przypuszczam, że takie działanie realizowano właśnie dwudziestkami. Ale trudno stwierdzić, czy strzelały kolejno całe dwudziestki, czy też w ramach pojedynczej dwudziestki zmieniali się ludzie w pierwszych szeregach. Być może stosowano obie metody według uznania dowódców poszczególnych setek. Jak by nie było, dzięki takiemu systemowi strzelania każdy oddział łuczników, a zatem cały szyk jest w stanie w sposób ciagły utrzymać intensywny, celny ostrzał przez długi czas. A atakujący nie może znaleźć i wykorzystać chwili przerwy w ostrzale. Każda kolejna fala atakujących trafia niezmiennie na przygotowaną do walki formację łuczników. Jak mógł się czuć francuski rycerz albo zwykły piechur w takiej sytuacji? O tym będzie kolejny artykuł. Dodam jeszcze tylko, że gdy sytuacja robiła się gorąca - np. na danym odcinku pomimo lecących strzał atakujący parli naprzód i niebezpiecznie zbliżali się do pozycji - łucznicy zapewne nie potrzebowali nawet specjalnego rozkazu by dać z siebie wiecej. To znaczy strzelać szybciej, tak szybko jak się da, byle nie tracić na celności. Bo o sukcesie i porażce wciąż decydowała umiejętność celnego strzelania (możliwośc trafienia w słabiej chronione punkty), a nie liczba strzał wypuszczonych w stronę przeciwnika.
Żeby nie zakłócać toku tej opowieści nie podawałem jak należy źródeł poszczególnych informacji. Bibliografia trafia więc jak należy na koniec;
J. Bradbury, "Medieval archer", The Boydell Press, Woodbridge 2002
C. Bartlett, "Angielski łucznik 1330-1515", tłum. K. Ziółkowski, Wydawnictwo Napoleon V, 2019
V. D. Charles, "Długi łuk angielski", tłum. J. Marciniak, Września 2023
R. Ascham, "Toksofilos. Szkoła łucznictwa", tłum. M. Surma i K. Byłów, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, 2024



Komentarze