ŁUCZNICY WIKINGÓW
- wojciech-chirowski
- 10 lip
- 4 minut(y) czytania
Skandynawscy wojowie kojarzeni są przede wszystkim z mieczem, toporem, włócznią. Nie ulega wątpliwości, że ulubionym sposobem rozstrzygania walki było bezpośrednie starcie z przeciwnikiem. A o sukcesach decydowała brutalna siła oraz umiejętności władania bronią. Które to od najmłodszych lat były wpajane oraz rozwijane treningami.

Jednak trzeba mieć na uwadze, że nawet w armii sformowanej z takich wojowników jest miejsce dla wojów z łukiem i strzałami. To, że wikingowie nie tworzyli odrębnych formacji tego rodzaju, z własną organizacją czy zadaniami na polu walki nie oznacza od razu, że łuczników w ich sztuce wojennej nie było. Liczne ślady wskazują że byli i byli potrzebni. Choćby po to, by chronić swoich przed łucznikami przeciwnika. Doświadczenia wyniesione z rekonstrukcyjnych manewrów terenowych wskazują, że oddziały pozbawione osłony własnych łuczników stają się wystawione na bezkarne działanie przeciwnika.
Dosyć banalne. Możesz twierdzić, że walka na dystans nie jest godna prawdziwego wojownika. Ale gdy w czasie przemieszczania się po wrogim terytorium wpadniesz w zasadzkę i lecą w twoją stronę strzały - to docenisz, że paru kolegów z twojej załogi jednak wzięło ze sobą łuki z domu :) I że oprócz osłonięcia się tarczami możecie w jakiś sposób odpowiedzieć. Podobnie będzie się miała sprawa w czasie starcia na wodzie, czy to przy zdobywaniu osady. Łuk się przyda do zneutralizowania strzelców przeciwnika w obu tych wypadkach.
A w czasie większej bitwy? Takiej gdy już dwie (podobnie walczące w szyku, ze ścianą tarcz) strony ustawią sie naprzeciw siebie. Nawet niewielkie grupy łuczników albo pojedynczy strzelcy mogą wpłynąć na przebieg bitwy. Nie muszą (wbrew niektórym naukowym teoriom) tworzyć osobnych formacji, czy być centralnie dowodzeni. Znajdują się wśród tarczowników. Czasem z przodu, czasem na skrzydłach, może nieco z tyłu, za pierwszym szeregiem tarcz. Wystarczy umiejętność wypatrzenia luki w szyku przeciwnika, w którą można posłać kilka szybkich strzał. Dla uczestników dzisiejszych rekonstrukcyjnych bitew - porównajcie sobie to z włócznikami działającymi właśnie w ten sposób. Łuk ma w tym przypadku przewagę zasięgu.

Żeby nie było, że gdybam sobie bezpodstawnie - być może właśnie takie działanie przedstawił Snorri Sturluson w opisie bitwy pod Stamford Bridge w Heimskringla. Pisze on, że Norwegowie z powodu upału zostawili w obozie pancerze, zabrali ze sobą jedynie tarcze, włócznie oraz miecze, a niektórzy z nich także łuki i strzały (szli jak po swoje, przejąć miasto, a nie na bitwę). W trakcie walki to właśnie łucznicy trzymali na dystans grupki konnych anglosasów. Tam gdzie próbowali podjeżdżać celnymi strzałami zadawali im straty i zmuszali jeźdźców do odwrotu. Żeby nie było - w przerwach pomiędzy atakami wojownicy fyrdu także zadawali straty Norwegom za pomocą strzał i oszczepów. Raczej nie był to odosobniony przypadek, a normalna praktyka w każdym starciu. Prawdopodobnie właśnie od strzały zginął król Harald Hardrada dowodzący Norwegami. Czy eliminacja wrogich dowódców była jednym z zadań łuczników w takiej walce? Nie możemy tego wykluczyć.
No i tym miejscu pojawia się pytanie: jaki łuk był zdatny do tego rodzaju walki?
Odpowiedź brzmi - w zasadzie każdy. Znane skandynawom okresu wczesnego średniowiecza były zarówno łuki proste o różnych długościach i sile naciągu (łuk z Hedeby, łuk z Balinderry) jak i łuki kompozytowe, refleksyjne (znaleziska w Birce).


Czy do takiego zastosowania łuk musi dysponować jakimś specjalnie dużym zasięgiem? Niekoniecznie. Walka i tak odbywała się na dystansie maks. kilkudziesięciu metrów. Czy potrzebna była do takiego zastosowania jakaś specjalna siła rażenia czy przebijalność? Nie. Łuk z Hedeby przy szacowanym naciągu pomiędzy 45 a 60 kg w zupełności wystarczy.
Nawet mniejszy, "zwykły" łuk, służący na codzień do polowania, może i o mniejszym naciągu, też da radę.
Podobnie strzały. Posiadanie grotów typu bodkin do przebijania kolczugi nie było obowiązkowe. Strzały uznawane przez badaczy za myśliwskie równie dobrze działały na człowieka. Posiadanie specjalnych, "bojowych" grotów (np. typu bodkin) do przebijania kolczugi nie było obowiązkowe ani specjalnie potrzebne. Zdecydowana większość walczących przecież pancerzy w ogóle nie posiadała. Nawet znacznie później angielski łucznik, który przecież musiał liczyć się ze znacznie liczniejszymi opancerzonymi przeciwnikami, tylko niewielką część strzał miał z bodkinami. Strzała z łuku nie musiała także przebijac tarczy by stać się bojowym pociskiem. Łucznik wyszukiwał strefy nieosłonięte w danym momencie tarczami - luk w ścianie tarcz przeciwnika, może kogoś odpoczywającego po starciu w drugiej, trzeciej linii, kto akurat opuścił tarczę dla chwili wytchnienia, albo przeciwnika stojącego akurat bokiem. Zdolność do przebicia tarczy nie ma znaczenia.
Jak mawiał klasyk "najważniejsze aby plusy nie przesłoniły nam minusów". Więc może ten łucznik może się do czegoś przyda, ale czy przypadkiem nie osłabia naszego szyku?
Po pierwsze, to fakt że zabrał łuk, nie oznacza od razu że nie ma tarczy i miecza (albo topora). To nie zawody, gdzie strzelec zrezygnuje ze wszystkiego co przeszkadza w punktowaniu do tarczy. Miecz przy pasie (albo topór) nie zawadzi, do tarczy na plecach da się przyzwyczaić i da się z nią naciągnąć cięciwę. W razie draki gdy już nie ma innego wyjścia łuk na plecy (lub odrzuca) i staje w szyku z innymi, albo broni się przed bezpośrednim zagrożeniem. W sytuacjach innych niż bitewne w zależności od potrzeby działał z mieczem lub toporem w garści, a gdy trzeba śięga po łuk.
Po drugie - musi się wykazać wyczuciem taktycznym - kiedy wejść pomiędzy tarczowników i strzelać, kiedy wycofać się do tyłu i zrobić miejsce dla walczących. Idzie tam gdzie jest potrzebny i ma sposobność zadania strat przeciwnikowi. Przyda się zmysł myśliwego oraz odrobina współpracy z tarczownikami. Wtedy nie osłabi szyku swoja obecnością.
Żeby troszkę podsumować. W czasie wyprawy dobrze było mieć na pokładzie drakkara chociaż paru wprawionych łuczników. Łuk był przydatny w wielu sytuacjach, z kolei jego brak mógł się srogo zemścić w czasie konfrontacji z przeciwnikiem. Znaleziska, choć nieliczne, potwierdzają posiadanie przez wikingów łuczniczego ekwipunku. A pojawiające się tu i ówdzie zapiski potwierdzają użycie łuku także na polach bitew, pomimo braku wyspecjalizowanych formacji łuczniczych.

Komentarze