Konungahella 1135
Być może nieco zapomniana. A na pewno słabo znana wśród wielu moich rozmówców, wyprawa Pomorzan pod wodzą księcia Racibora I. Zakończona zdobyciem i spaleniem Konungahelli. Bogatego miasta i królewskiej rezydencji.
Epizod bardzo ciekawy dla badacza dziejów oręża okresu wczesnego średniowiecza. Nie tylko zderzenie na polu walki wojowników skandynawskich i słowiańskich. Także wszelkie możliwe obszary walk: wyprawa morska i starcia na wodzie, desant, troszkę walk i manewrów na lądzie, wraz ze szturmem fortyfikacji. Na każdym etapie w oczy rzuca się zastosowanie łuku jako szczególnie ważnej broni.
Dosyć szczegółowego opisu wydarzeń w trakcie owej wyprawy dostarcza nam chociażby książeczka z serii Historyczne Bitwy Wydawnictwa Bellona pod tytułem "Konungahella 1135" autorstwa Roberta Barkowskiego. W poszukiwaniu kompletnej wiedzy o tych wydarzeniach odsyłam do książki - a ja skupię się na paru fragmentach w których łuk pojawia się na pierwszym planie. Oznaczone gwiazdkami cytaty pochodzą właśnie z tej książki, dlatego nie podaję dalej ich źródła jak należy.

Słowianie zaatakowali miasto z dwóch kierunków. Część wojowników wraz z końmi wysadzono wcześniej - mieli oni zdanie odciąć miasto od posiłków z dalszych okolic oraz zaatakować od strony ladu. Część została na pokładach łodzi i podjęła bezpośredni atak od strony wody. Korzystając z zaskoczenia dotarli w pobliże przystani, gdzie przygotowywali się do wysadzenia destantu na pomostach w mieście. W tym momencie napotkali opór ze strony kupieckich łodzi, z których kilka, nie bacząc na liczebną przewagę atakujących, śmiało przeszło do ataku na napastników:
" [...] uderzyła z impetem zbita duńska formacja. Huk roztrzaskiwanych kadłubów, wrzaski i harmider, pierwsze ciała trafionych z dystansu duńskimi strzałami spadły z pokładów i tonęły w nurtach rzeki."*
Łuk był idealną bronią na pokładzie łodzi. Nie trzeba go było przecież przenosić wraz z kołczanem pełnym strzał przy sobie. Mógł spoczywać bezpiecznie w skrzyni na pokładzie. W razie potrzeby - gdy wrogie okręty zbliżały się na odległość strzału - mogli się w nie uzbroić wojownicy mający wolne ręce (tzn. nie mający innych zajęć na pokładzie). A gdy takich nie było - od biedy można było oderwać od wioseł paru wioślarzy. Nawet jesli abordaż był głównym sposobem walki, zanim do niego doszło, warto było przerzedzić załogę przeciwnika. Nawet pojedynczy łucznik był w stanie wyeliminować choćby wioślarzy, albo nawet sternika, lub poważnie utrudnić ich pracę. Każdy kto choć raz wiosłował na takim okręcie wie, ile szkody może to wyrządzić. Trafiony wioślarz krzyżuje wiosło z sąsiednimi wioślarzami. To samo może zrobić wioślarz, który uchyli się instynktownie przed nadlatującą strzałą. Skrzyżowane wiosła to problem z napędem. Łódź przyhamuje albo skręci. Trafiony sternik? Jeszcze gorzej. Jak się przed tym chronić? Tarcze przewożone na burtach na pewno w tym pomagały. Dwóch tarczowników mogło z powodzeniem osłonić sternika. A jeszcze lepiej by było gdyby własny łucznik, albo dwóch odpowiedziało strzałami i związało przeciwnika wzajemną wymianą strzał, lub zmusiło och do ukrycia się. Patrząc na przebieg tego i innych podobnych starć - łuk na pokładzie był potrzebny, a dobry łucznik był na wagę złota. A co z celnością strzałów oddawanych w takich warunkach, na chyboczącym pokładzie łodzi? Można to porównać do popularnych dziś konkurencji na łuczniczych turniejach - wszelkich strzelań z równoważni. Może i jest trudne, ale się da. A przy odrobinie wprawy w opanowaniu równowagi - a tej przecież nie brakowało ludziom obytym z pokładami - da się strzelać celnie i powtarzalnie. Nie doszukiwałbym się więc jakichś specjalnych problemów w tym temacie.

Kolejnym problemem z jakim musieli zmierzyć się Pomorzanie był desant na nabrzeże. Poświęcenie załóg kupieckich łodzi (które w końcu zostały pokonane) kupiło mieszkańcom miasta czas:
"Natychmiast obsadzili zbudowane z belek nabrzeże oraz most i przystąpili do ostrzału zbitych w masę słowiańskich okrętów, miotając wszelkiego rodzaju pociski: strzały, oszczepy, kamienie."
I znowu mamy łuk na pierwszej linii walki. Trudno raczej ustalić ilu z tych obrońców miało jakieś doświadczenie wojenne, czy byli to jedynie cywile parający się na codzień rzemiosłem albo handlem.
W Danii czy Norwegii tego okresu za obronę terytorium podobnie jak na słowiańszczyźnie odpowiadały nie tylko zorganizowane drużyny, ale także pospolite ruszenie. Do udziału w tym ostanim nie trzeba było nikogo specjalnie przekonywać. Gdy chodziło o własne domostwa tak jak w opisywanych wydarzeniach możliwości były dwie. Albo bronić swojego dobytku z bronią w ręku, albo uciekać i pozostawić wszystko na pastwę najeźdźców. Czy mieszkańcy Konungahelli byli już w początkach XII wieku zorganizowani w jakiś system - taki jak spisany w formie praw w XIII wieku system lendungowy? Nie wiadomo. Nie jestem więc w stanie określić czy posiadali te łuki, bo wynikało to z obowiązków lub zarządzeń, czy też była to broń do osobistego użytku, np. na polowaniach. Wiemy natomiast skąd mieli kamienie: król Sigurd I zarządził, aby "każdy mieszkaniec, który przekroczył 9 rok życia, dostarczył raz w roku 5 kamieni obronnych albo 5 zaostrzonych na jednym końcu pali długich na 5 łokci". Ale wróćmy do łucznictwa.

Kolejne miejsce, w którym widzimy pole do popisu dla łuczników to szturm na umocnienia zamku:
"Oddziały szturmujące bezpośrednio wały grodu były wspierane przez grupy ustawionych z dala łuczników. Wśród nich wyróżniał się ponad wszystkich pewien szczególnie wyborowy strzelec. Każda posłana przez niego strzała trafiała śmiertelnie któregoś z norweskich obrońców. Dla ochrony tak znakomitego łucznika dwóch wojowników stało przed nim, dzierżąc nieustannie tarcze".
Owe ustawienie "z dala" dla skutecznego strzału musiało oznaczać maksymalnie kilkadziesiąt metrów. Jest tu uwarunkowane możliwościami ludzkiego wzroku i możliwościami łuków tradycyjnych.Oczywiście strzał na większym dystansie jest możliwy. Ale w tym momencie strzelamy ponad głowami własnych wojowników i nie można sobie pozwolić na posyłanie pocisków gdzieś tam, w przestrzeń. Interesuje nas celne strzelanie, które wyeliminuje kogoś na wałach, albo przynajmniej utrudni mu działanie.
Osłona łuczników przed potencjalnymi strzałami obrońców też nie dziwi. W czasie współczesnych, rekonstrukcyjnych manewrów w terenie takie sytuacje wychodzą niemal samorzutnie. Łucznik pomiędzy kolejnynmi strzałami pod osłona tarczownika ma możliwość spokojnie załozyć strzałę na cięciwę rozejrzeć się w poszukiwaniu dogodnego celu. Wychyla sie na krótką chwilę dla oddania strzału i znowu znika za tarczą. Takie działanie bardzo dobrze sprawdza się w dzisiejszych rekonstrukcjach i jak widać na przykładzie z Konungahelli - pojawia się w źródłach pisanych.
A skoro już o tym mowa - źródłem opisywanych w książce epizodów była Haimskringla Snorriego Sturlussona. Dzieło co prawda bardzo literackie i istnieje ryzyko, że jest troszkę podkoloryzowane zwłaszcza w takich detalach opisujących przebieg walk. Jednakże spisywał je człowiek znający przynajmniej z opowieści realia pól bitewnych. I pisał je dla ludzi, którzy też je znali - nie pozwoliłby sobie na nierealne historie, które podważyłyby wartość jego twórczości.
Co ciekawe - według opowieści Snorri Sturlussona - łukiem walczy dowodzący królewskim garnizonem Samund Husfroia oraz jego syn Asmund - i to właśnie ten ostatni celnymi strzałami rozprawia się najpierw z owym wyborowym, słowiańskim łucznikiem, a później z pewnym walecznym Słowianinem, który omal nie zdobył w pojedynkę bramy zamku. W pewien sposób został tutaj ten rodzaj broni wyróżniony.

Wracając do Konungahelli: ostatecznie Słowianie zdobyli umocnienia. Być może dzięki temu, że obrońcom zaczęło brakować amunicji - ponoć brakowało nie tylko strzał, ale nawet kamieni i drewnianych pali. Świadczy to o tym, jak ważną role w odpieraniu kolejnych ataków odgrywała broń miotająca i miotana. I jak jej obecność lub brak mógł zaważyć na wyniku walki. Walki na morzu, na okrętach czy zdobywanie umocnień po prostu nie mogły się bez nich obyć. Nawet w krainie miecza.




Komentarze